Poznajmy się
Moja droga od balkonowych porażek do własnego siedliska.
Ziemię miałam pod paznokciami od zawsze. Od dziecka kochałam pracę w ogrodzie i doskonale pamiętam nasz rodzinny dom. Choć ogródek był niewielki, biegały po nim kury. Z perspektywy czasu uśmiecham się na tę myśl – to był mój pierwszy, całkowicie nieświadomy kontakt z tym, co dziś nazywamy permakulturą. Ekosystem działał, a my mieliśmy świeże jajka.
Moja ścieżka zawodowa od początku była związana z naturą. Po maturze (zdawanej oczywiście z biologii) wyjechałam na studia do Gdańska, gdzie zgłębiałam tajemnice świata roślin, zdobywając wykształcenie biologiczne.
Nauka na błędach: RODos i palące słońce
W Gdańsku udało mi się nabyć działkę ROD, która na ładnych parę lat stała się moim poligonem doświadczalnym. Eksperymentowałam w skali mikro i na własnej skórze (oraz własnych plonach) doświadczałam, jak przyjemnym, ale i niebywale trudnym zadaniem jest uprawa warzyw. Moimi recenzentami były dziki, szpaki i miejscowy borsuk, które regularnie sprawdzały moje uprawy.
Równolegle prowadziłam mini-uprawę na własnym balkonie. Szybko przekonałam się, że natura uczy pokory – w pierwszym roku, z powodu braku odpowiedniej osłony, rośliny po prostu się przegrzewały. Dopiero w kolejnym sezonie, po wyciągnięciu wniosków z tej lekcji, udało mi się uzyskać obfite plony. Te małe sukcesy i porażki ukształtowały moje pragmatyczne podejście do projektowania.
Wirtualna podróż do Australii i pierwsze projekty
Permakulturą zainteresowałam się jeszcze przed pandemią. Kiedy świat się zatrzymał, postanowiłam wykorzystać ten czas i wirtualnie „wyjechałam” do Australii na roczny kurs PDC (Permaculture Design Certificate) u samego Geoffa Lawtona. To był mój pierwszy formalny kurs z projektowania ekosystemów, który całkowicie zmienił moje spojrzenie na krajobraz.
Niedługo po tym doświadczeniu zaczęłam wykonywać swoje pierwsze zlecenia – moim debiutem był projekt siedliska na Warmii i Mazurach. Chcąc jednak lepiej zrozumieć specyfikę naszego klimatu i działać mocniej w lokalnym środowisku, ukończyłam drugi kurs PDC, tym razem pod okiem polskiego mistrza permakultury – Wojciecha Górnego ze szkoły „Permisie”.
Węgry, budowa tamy i tytuł „Pani Botanik”
Teoria to jednak nie wszystko. Ogromnym doświadczeniem był dla mnie wyjazd do węgierskiej miejscowości Terény, gdzie po raz pierwszy spotkałam Geoffa Lawtona na żywo. Uczestniczyłam tam w jego praktycznym kursie Earthworks, ucząc się w terenie, jak projektować i budować duże, naturalne tamy zatrzymujące wodę w krajobrazie.
Rok później wróciłam w to samo miejsce na kolejny kurs prowadzony przez mojego mistrza – Food Forest (projektowanie leśnych ogrodów żywnościowych). Jako biolog specjalizujący się w roślinach, czułam się tam jak ryba w wodzie. Kilkukrotnie miałam ogromną przyjemność dzielić się swoją wiedzą z innymi uczestnikami, m.in. przy identyfikacji lokalnych gatunków. Zauważył to sam Geoff Lawton, który z uśmiechem zaczął nazywać mnie „Panią Botanik”. To był dla mnie niezwykle miły i budujący moment.
Długa droga do „Michałówki”
W 2023 roku podjęłam ostateczną decyzję: chcę przeprowadzić się na wieś i zacząć gospodarować na „prawdziwym” siedlisku, a nie tylko na małej działce w mieście. Aby zrobić to dobrze, zdobyłam uprawnienia rolnicze, kończąc bardzo ciekawe studia podyplomowe z zakresu Agrobiznesu.
„Uzbrojona” w wiedzę i dokumenty, rozpoczęłam poszukiwania docelowego miejsca. Celowałam w moje ukochane, rodzinne Mazowsze. Poszukiwania trwały miesiącami i powoli traciłam nadzieję. Albo ceny były astronomiczne, albo powierzchnia za mała, albo lokalizacja nie ta. Zdarzały się wady prawne, a czasem po prostu ktoś ubiegł mnie z ofertą.
Byłam już bliska rezygnacji, gdy pewnego dnia raz jeszcze odświeżyłam portal ogłoszeniowy. Pojawiło się tam coś, co początkowo uznałam za niemożliwe – wspaniałe siedlisko w sensownym stanie i cenie, którą byłabym w stanie „unieść”. Co więcej, znajdowało się w miejscu, które bardzo często odwiedzałam jako dziecko i o którym zawsze mówiłam: „to moje miejsce na ziemi”.
Nie zastanawiałam się długo. Decyzja brzmiała: Kupujemy!
Marzec 2026: Nowy rozdział
Dopełnienie wszystkich formalności trwało okrągły rok, ale wreszcie się udało. Od marca 2026 roku jestem dumną właścicielką „Michałówki” – blisko 3-hektarowego siedliska położonego na wschód od Warszawy.
Moja permakulturowa droga to jednak nie tylko projektowanie i praca w ziemi, ale też dzielenie się tą pasją z innymi. Wraz z kilkoma innymi absolwentami kursu PDC ze szkoły „Permisie” założyliśmy stowarzyszenie „Permisja”, którego celem jest świadczenie usług edukacyjnych w zakresie zrównoważonego projektowania. Mam zaszczyt pełnić w nim funkcję prezesa.
Dziś, na własnych 3 hektarach lasu, sadu i pastwisk, każdego dnia testuję w praktyce wiedzę, którą zdobywałam przez lata. I wiesz co?
Ciąg dalszy tej historii dopiero nastąpi…
